Jakoś tak... najpierw nie miałam nóg. A mimo to zdałam egzamin na kategorię B. Żeby to uczcić śmignęłam sobie na moto z egzaminatorką po autostradzie...
Widzę przejazd kolejowy. Zapory się zamykają, a jakaś kobieta biegnie z dzieckiem na plecach, żeby jeszcze zdążyć przed pociągiem. Przebiega. Przejeżdża pociąg. Tłumik gapiów zakłada się o to, że następnym razem nie zdąży. Następnym razem kobieta biegnie jakby ją coś goniło. Pociąg jest już blisko. Kobieta z dzieckiem na plecach przyspiesza. To chyba chłopiec, jakieś 5-6 lat na oko. Zdąży czy nie zdąży? Kobieta biegnie... mieści się na styk, chwilę później i byłoby po niej. Upada na kolana za przejazdem. Tłum z aprobatą kiwa głową. Nagle przejeżdża samochód i potrąca kobietę, która pada.
Jestem tym dzieckiem.
Gapie znikają, okolica robi się nagle ponura, wygląda to tak, jakbym była blisko szczytu jakiejś dużej góry. Ciemne chmury, co jakiś czas błyskawica. Na szczycie stoi zamczysko. Widzę jakichś ludzi idących do podziemnego przejścia. Podchodzę, jest wśród nich kobieta, która dopiero co zginęła. Zbliża się do mnie jakiś koleś, wygląda na ześwirowanego naukowca. Bredzi coś o końcu świata, ogólnej zagładzie i mojej bliskiej bolesnej śmierci. Zaczyna się śmiać. Spod jego wielkich, zapuszczonych paznokci wypadają dwa stworki z wyglądu przypominające gałki oczne. Upadają na ziemię i zaczynają się czołgać w stronę stojącego obok kolesia. Pełzną po nim w górę, po czym wchodzą mu przez oczy do czaszki i koleś pada martwy. Szaleniec się śmieje, odchodzi do tunelu, każąc szykować mi się na koniec. Wyglądam przez brzeg wzniesienia. W dole widzę jakąś kłębiącą się masę, powoli podchodzącą wzwyż stoku. Przyglądam się jej. Wygląda jak czarne ciała pozbawione nóg, z nienormalnych rozmiarów szponami i zębami... Są coraz wyżej, zalewają sobą górę ze wszystkich stron. Niedobrze mi.
środa, 9 czerwca 2010
sobota, 13 czerwca 2009
kosmos
A zaczęło się od tego, że zamiast wziąć te bagaże ze sobą postanowiłam zostawić je w krzakach przy torach. Przecież nosić ich ze sobą nie będę, a kto je tu znajdzie.
Zapomniałam tylko, że one świeca w nocy, jeden na niebiesko, drugi na czerwono. Jeden znalazłam, drugiego już nie. A przecież były w nim wszystkie moje life stone'y, które chciałam sprzedać i na tym zarobić, lol.
I w dodatku nie zdążyłam na pociąg. Albo nie, zaraz, zdążyłam, ma 20 minut opóźnienia. Już olać ten bagaż, jak tu się teraz na peron dostać? Hmm... po najkrótszej drodze - przebiegam przez tory, wsiadam do przedziału.
Jestem w kosmosie.
A naprzeciwko mnie kosmici którzy podawali się za moich rodziców: moja kosmo-pseudomama i mój kosmo-pseudotata.
Tiaa...
Wyglądam przez małe okienko, widzę w oddali Ziemię, Księżyc, bliziutko Mars. Jeden z kosmitów (ten pseudotata) mówi, że muszę oddać swoje ciało na eksperymenty, że potrzebują mojej stopy, ręki i twarzy, i że lepiej będzie jak się zgodzę na to dobrowolnie.
Kto by się zgodził? Ja nie.
Orientuje się, że jestem przywiązana do krzesła, na którym siedzę. Z prawej, na poziomie twarzy, wysuwa się pozioma rurka, do której przymocowane jest coś na kształt plastikowego ochraniacza na zęby. Zostaje mi to zamontowane (na zęby) i już nie mogę się ruszyć.
Słyszę, że jakbym współpracowała, to mogliby po pobraniu interesujących ich części mnie zostawić a tak... a tak to będą mieli co jeść.
Wychodzę z ciała i jestem w drugim. Też moim, identycznym, tylko siedzę na drugim końcu pomieszczenia, przyczepiona do krzesła i muszę kroić cebulę (żeby nie było wątpliwości - tą samą, w której zostanę podana do stołu). Kosmici opuszczają pomieszczenie, zostaję tylko ja, moje drugie ciało i cebula.
Niedobrze. Rozglądam się i widzę, że obok stoi komputer. Włączam skypa i piszę do Ani: 'Ratunku, kosmici mnie porwali!', 'Haha, prawie się nabrałam, co u ciebie?'. No i co zrobić, żeeby uwierzyła? 'Mówię na serio, chcą mnie zjeść!'. 'Wyobraź sobie, że byłam dzisiaj w sklepie i kupiłam sobie nową koszulkę'. Nie no, tak nie można...
Zastanawiam się co zrobić. Ryzykuję.
Wychodzę z ciała, oba już zostają nieruchome w pozycjach, w jakich je opuściłam, lecę na Ziemie.
Ląduję przed AEiI. Szukam, szukam...
'Jasiu! Kosmici zaraz mnie skonsumują! Ty masz w samochodzie zainstalowaną funkcję lotów w kosmos?'. 'Nie mam, Tomek ma'. 'Tomek?'. 'Ostatnio mi się skończyła...'.
Idzie Justyna. Justyna ma, tylko samochód daleko.
Coraz mniej czasu, zaraz mnie nakryją, że nie ma mnie na statku.
Wsiadamy w końcu do samochodu. Podjeżdżamy pod sklep, w którym sprzedają akcesoria do lotów w kosmos. Najpopularniejsze są te ołówki, które sprawiają, że można latać. Wystarczy podeszwy popisać.
A kto by nie chciał skorzystać z okazji żeby polatać?
Wyjeżdżamy, 5 minut lotu i jesteśmy na miejscu. Tylko który statek jest ten właściwy? Krąży ich tu 4, trzeba zaglądać przez okienka.
Jest w końcu ten nasz. Włączamy opcję niewidzialności i wchodzimy do środka. Kosmici siedzą w głównej sali, jedzą... hm, tak, innego kosmitę. Łapczywie wyrywają zębami całe kęsy z boków...
Zapomniałam tylko, że one świeca w nocy, jeden na niebiesko, drugi na czerwono. Jeden znalazłam, drugiego już nie. A przecież były w nim wszystkie moje life stone'y, które chciałam sprzedać i na tym zarobić, lol.
I w dodatku nie zdążyłam na pociąg. Albo nie, zaraz, zdążyłam, ma 20 minut opóźnienia. Już olać ten bagaż, jak tu się teraz na peron dostać? Hmm... po najkrótszej drodze - przebiegam przez tory, wsiadam do przedziału.
Jestem w kosmosie.
A naprzeciwko mnie kosmici którzy podawali się za moich rodziców: moja kosmo-pseudomama i mój kosmo-pseudotata.
Tiaa...
Wyglądam przez małe okienko, widzę w oddali Ziemię, Księżyc, bliziutko Mars. Jeden z kosmitów (ten pseudotata) mówi, że muszę oddać swoje ciało na eksperymenty, że potrzebują mojej stopy, ręki i twarzy, i że lepiej będzie jak się zgodzę na to dobrowolnie.
Kto by się zgodził? Ja nie.
Orientuje się, że jestem przywiązana do krzesła, na którym siedzę. Z prawej, na poziomie twarzy, wysuwa się pozioma rurka, do której przymocowane jest coś na kształt plastikowego ochraniacza na zęby. Zostaje mi to zamontowane (na zęby) i już nie mogę się ruszyć.
Słyszę, że jakbym współpracowała, to mogliby po pobraniu interesujących ich części mnie zostawić a tak... a tak to będą mieli co jeść.
Wychodzę z ciała i jestem w drugim. Też moim, identycznym, tylko siedzę na drugim końcu pomieszczenia, przyczepiona do krzesła i muszę kroić cebulę (żeby nie było wątpliwości - tą samą, w której zostanę podana do stołu). Kosmici opuszczają pomieszczenie, zostaję tylko ja, moje drugie ciało i cebula.
Niedobrze. Rozglądam się i widzę, że obok stoi komputer. Włączam skypa i piszę do Ani: 'Ratunku, kosmici mnie porwali!', 'Haha, prawie się nabrałam, co u ciebie?'. No i co zrobić, żeeby uwierzyła? 'Mówię na serio, chcą mnie zjeść!'. 'Wyobraź sobie, że byłam dzisiaj w sklepie i kupiłam sobie nową koszulkę'. Nie no, tak nie można...
Zastanawiam się co zrobić. Ryzykuję.
Wychodzę z ciała, oba już zostają nieruchome w pozycjach, w jakich je opuściłam, lecę na Ziemie.
Ląduję przed AEiI. Szukam, szukam...
'Jasiu! Kosmici zaraz mnie skonsumują! Ty masz w samochodzie zainstalowaną funkcję lotów w kosmos?'. 'Nie mam, Tomek ma'. 'Tomek?'. 'Ostatnio mi się skończyła...'.
Idzie Justyna. Justyna ma, tylko samochód daleko.
Coraz mniej czasu, zaraz mnie nakryją, że nie ma mnie na statku.
Wsiadamy w końcu do samochodu. Podjeżdżamy pod sklep, w którym sprzedają akcesoria do lotów w kosmos. Najpopularniejsze są te ołówki, które sprawiają, że można latać. Wystarczy podeszwy popisać.
A kto by nie chciał skorzystać z okazji żeby polatać?
Wyjeżdżamy, 5 minut lotu i jesteśmy na miejscu. Tylko który statek jest ten właściwy? Krąży ich tu 4, trzeba zaglądać przez okienka.
Jest w końcu ten nasz. Włączamy opcję niewidzialności i wchodzimy do środka. Kosmici siedzą w głównej sali, jedzą... hm, tak, innego kosmitę. Łapczywie wyrywają zębami całe kęsy z boków...
niedziela, 24 maja 2009
komóreczki
Za dużo ostatnio myślę o mojej hodowli komórkowej, którą dostałam pod opiekę. To też mi się ostatnio to śni po nocach.
Ostatnio nie wiedziałam ile antybiotyku do medium dodać. Chciałam się zapytać opiekunki, ale pod jej pokojem było dzikie stado studentów, robiących sobie sjestę na kanapie... a to wstyd pytać przy takiej widowni.
A dzisiaj miałam przyjść na 12, ale z powodu jakiegoś niezapowiedzianego zaliczenia na studiach nie zdążyłam. I jak przyszłam to znowu było pełno ludzi i zajęli mi laminar, mimo że miałam go jeszcze na pół godziny zarezerwowany. I dostałam "za karę" inne komórki dodatkowe do przesiania...
I czekałam z tymi komórkami na to aż się zwolni. W końcu ostatnia laska sobie poszła i się okazało, że laminaru nie ma i nie mam gdzie pracować.
Kazali mi schować komórki do lodówki. A w lodówce mysz była. Więc wyciągnęłam mysz i poszłam do mamy, że coś tu chyba nie gra.
Mama kazała mi mysz na taras wystawić, więc poszłam tak też zrobić. Ale jak tylko postawiłam mysz na ziemi podfrunął gołąb i chciał jej oczy wydziobać, dlatego zabrałam mysz z powrotem. A potem się okazało nagle, że to nie mysz tylko wróbel, i poleciał.
BTW ponoć kiedyś mieli w pracy mysz na korytarzu. Z hodowli uciekła (dodam, że hodowla jest piętro wyżej, za 3 drzwiami w tym jednymi na kod)
Ostatnio nie wiedziałam ile antybiotyku do medium dodać. Chciałam się zapytać opiekunki, ale pod jej pokojem było dzikie stado studentów, robiących sobie sjestę na kanapie... a to wstyd pytać przy takiej widowni.
A dzisiaj miałam przyjść na 12, ale z powodu jakiegoś niezapowiedzianego zaliczenia na studiach nie zdążyłam. I jak przyszłam to znowu było pełno ludzi i zajęli mi laminar, mimo że miałam go jeszcze na pół godziny zarezerwowany. I dostałam "za karę" inne komórki dodatkowe do przesiania...
I czekałam z tymi komórkami na to aż się zwolni. W końcu ostatnia laska sobie poszła i się okazało, że laminaru nie ma i nie mam gdzie pracować.
Kazali mi schować komórki do lodówki. A w lodówce mysz była. Więc wyciągnęłam mysz i poszłam do mamy, że coś tu chyba nie gra.
Mama kazała mi mysz na taras wystawić, więc poszłam tak też zrobić. Ale jak tylko postawiłam mysz na ziemi podfrunął gołąb i chciał jej oczy wydziobać, dlatego zabrałam mysz z powrotem. A potem się okazało nagle, że to nie mysz tylko wróbel, i poleciał.
BTW ponoć kiedyś mieli w pracy mysz na korytarzu. Z hodowli uciekła (dodam, że hodowla jest piętro wyżej, za 3 drzwiami w tym jednymi na kod)
środa, 4 lutego 2009
rejs życia
Odbiór zamówienia z katalogu 2/09 będzie możliwy w dniu dzisiejszym w budynku biura na piętrze 9.
Dziękuję bardzo, polecam się na przyszłość.
Po wyjściu na zewnątrz budynek znika. Jest prom.
Prom średniej wielkości, ludzie wybrali się na wakacje. Fajnie fajnie. Na wyższym pokładzie, pod daszkiem stoi duży, drewniany, nieobrobiony X. Na końcu jego każdego ramienia znajduje się półmetrowej długości kołek.
A po pokładzie biega szalony psychopata ze swoją czarującą asystentką. O tak, nabijają ludzi na kołki, jakie to było proste i oczywiste. Dziwne jest tylko to z jakim spokojem ci ludzie się dają nabijać. Zupełnie jakby to tylko miało być na chwilkę i zaraz będą mogli wrócić do swoich normalnych zajęć.
Dziękuję bardzo, polecam się na przyszłość.
Po wyjściu na zewnątrz budynek znika. Jest prom.
Prom średniej wielkości, ludzie wybrali się na wakacje. Fajnie fajnie. Na wyższym pokładzie, pod daszkiem stoi duży, drewniany, nieobrobiony X. Na końcu jego każdego ramienia znajduje się półmetrowej długości kołek.
A po pokładzie biega szalony psychopata ze swoją czarującą asystentką. O tak, nabijają ludzi na kołki, jakie to było proste i oczywiste. Dziwne jest tylko to z jakim spokojem ci ludzie się dają nabijać. Zupełnie jakby to tylko miało być na chwilkę i zaraz będą mogli wrócić do swoich normalnych zajęć.
poniedziałek, 12 stycznia 2009
no cóż...
Tak, wiem, opuszczam się... Ale nie poradzę, że rzadko cokolwiek ze snów ostatnio pamiętam, a jak już coś, to jest tego tyle, że dwa zdania ledwo da się wycisnąć.
Mogłabym opisać ten sen o dinozaurach.
Ten w którym chowałam się w lasku sosnowym na zboczu wzgórza, które potem okazało się rozdzielać wyspę na część z dinozaurami roślinożernymi i drapieżnymi. Ten, w którym goniły nas raptory o wyjątkowo ludzkich zachowaniach.
Albo ten o obronie inż, do której nawet nie doszło, bo się nagle okazało, że jestem pod wodą. I to w dodatku tak głęboko, że tam już wody nie ma, tylko jakiś "alternatywny świat". I w dodatku krajobraz był taki, jak teraz mam tapetę na pulpicie.
Chyba za dużo czasu spędzam przed komputerem :P
Mogłabym.
Ale nie pamiętam.
Mogłabym opisać ten sen o dinozaurach.
Ten w którym chowałam się w lasku sosnowym na zboczu wzgórza, które potem okazało się rozdzielać wyspę na część z dinozaurami roślinożernymi i drapieżnymi. Ten, w którym goniły nas raptory o wyjątkowo ludzkich zachowaniach.
Albo ten o obronie inż, do której nawet nie doszło, bo się nagle okazało, że jestem pod wodą. I to w dodatku tak głęboko, że tam już wody nie ma, tylko jakiś "alternatywny świat". I w dodatku krajobraz był taki, jak teraz mam tapetę na pulpicie.
Chyba za dużo czasu spędzam przed komputerem :P
Mogłabym.
Ale nie pamiętam.
niedziela, 4 maja 2008
[tu-wstaw-porę-dnia] żywych i mniej żywych
Helikopter wylądował na pustkowiu. Silny kopniak otworzył drzwi i z maszyny wysiadło paru ludzi.Skierowaliśmy się w stronę opuszczonych bunkrów. A przynajmniej z zewnątrz wyglądały jak bunkry. W środku labirynt korytarzy, zapomnianych pomieszczeń, skąpo oświetlonych przejść, trochę jak jaskinia. Dobrze, że mamy ze sobą jakąś broń.
Zupełnie jakbyśmy czegoś szukali, ale czego to nie wiem.
Nagle kątem oka dostrzegamy ruch. Zza gruzów, spomiędzy kamieni wyłaniają się jakieś postacie. Jest ich coraz więcej.
Taaak, skąd ja wiem co to będzie...
Problemy z koordynacją ruchową, zniekształcone twarze. Brakuje tylko, żeby w miejsce "Yyyy..." wstawić "Braaaains...".
Próbujemy się dyskretnie oddalić, ale one są już wszędzie, napierają na nas i nie mamy gdzie uciekać. Jest ich za dużo, a my mamy tylko 2 karabiny. Widzę jak parę osób ginie.
Nagle orientuję się, że na ziemi pod moimi nogami leży pilot. Taki zwykły, do telewizora. Podnoszę go. Nie wiem co to niby ma zmienić, ale naciskam pauzę w tym samym momencie, kiedy jakiś zombie próbuje mi odgryźć rękę.
Świat staje w miejscu.
Chwilę szarpię się, żeby uwolnić się z uchwytu i uciekam na zewnątrz. Jest tam już doktor, który miał nami dowodzić, ten sam, który na początku omal nie rozwalił drzwi kopniakiem.
A może rozwalił, kogo to w tym momencie obchodzi?
Czekamy na helikopter.
Bardzo dziwna okolica. Piach, kamienie, jakieś ogromne balony przyczepione gdzieniegdzie do ziemi...
Nareszczie jest helikopter. Ląduje i wsiadamy do niego. Leci nim już parę osób. Większość jest obcych, ale kilkoro to ludzie, którzy byli z nami i zdążyli uciec.
To właśnie są ludzie, którzy zawsze muszą ze sobą zabrać jakąś pamiątkę. Mam dziwne przeczucie, że tym razem nie było inaczej.
No tak, w chłodni czeka na nas świeżutki, zamrożony zombiak. Czyż to nie urocze?
Jaki znowu martwy? Takiemu to trzeba łeb uwalić, żeby to martwe było.
Amatorzy...
Wywlekli go na środek podłogi i patrzą na leżącego. Jakiś obcy koleś podchodzi bliżej i wtedy zaczyna się. Zombie budzi się i łapie kolesia. Zagryza się na jego łydce. Wrzask, szamotanina, ktoś podbiega ze szpadlem i wali zombie po głowie. Ten puszcza, ale nie rezygnuje. Podnosi się gwałtownie i odgryza facetowi jaja.
Kilka ciosów powala zombiaka i pozbawia go górnej połowy czaszki. Śmieszny dźwięk, kiedy szpadel tak zagłębia się w mrożonkę...
Lecimy do szpitala, gdzie wszystko wydaje się być w porządku. Udało się poskładać nieszczęśnika z helikoptera i w sumie wszyscy się uspokoili. Ale w powietrzu wisi coś, co grozi, że to jeszcze nie koniec.
Muszę znaleźć "naszego" doktora, to nie może tak zostać. Tylko gdzie on jest? Szpital ma 5 ogromnych pięter, a nikt nie jest w stanie odpowiedzieć mi na pytanie gdzie zacząć szukać.
Bez rezultatów biegam wszędzie, mijam ludzi, sale, schody pożarowe... Mrok, groza, zło za każdym rogiem. Zbiegam na parter. Przy recepcji jakieś poruszenie, nikt na mnie nie zwraca uwagi. Dowiaduję się od kogoś, że koleś, którego w helikopterze zaatakował zombie nie żyje. Ehh...
Stoję przy windach myśląc co dalej. Jak się okazuje już nie sama, tylko z jakąś dziewczyną. Trzy windy, na prawo schody do góry. Podejrzliwie wyglądam za róg.
Na półpiętrze stoi łózko ze zwłokami. To chyba ten koleś. Tylko dlaczego umarł? Podobno wszystko już było w porządku...
Z zamyślenia wyrywa mnie ledwo zauważalne drgnięcie stopy wystającej spod płachty. Zamieram z przerażenia. Coś się zmieniło, odkształciło. Co się dzieje?!
Dopadam windy, panicznie naciskam wszystkie guziki. Szybko! Szybko! Szybkooooo!!!
Jest! Otwierają się drzwi jednej. Wskakuję do niej ciągnąc za sobą dziewczynę.
Na które? Pierwsze odpada, drugie nadal za blisko, nie, wcale nie chciałam go nacisnąąąć... Trzecie! jedziemy...!
A TO co? Jakie przeciążenie?
- 300 kilo? - słyszę dziewczynę. - No bez przesady, ja tyle nie ważę, co jak co chyba im się czujniki zep...
Zatykam jej usta.
Podnoszę głowę i patrzę na sufit windy.
Nie... tylko nie to...
Szybko, wysiąść z tej windy, proszę... szybko, zanim zrozumie, że ktoś jest w środku, zanim spróbuje zerwać sufit... proszę...
Naciskam wszystkie guziki jak leci, może któryś zadziała...
Żaden nie reaguje.
Pierwotna groza.
Zaraz, spokój, przecież ja nie muszę się na to godzić, prawda?
Chyba jednak się obudzę...
8:26.
sobota, 26 stycznia 2008
hmm...?
To już kiedyś było...
Jakieś dziwne rzeczy (ho ho ho, a to ci dopiero)... Czyjeś wesele na totalnym zadupiu, powrót na piechotę przez wąskie, zaśmiecone uliczki, skąpo oświetlone latarniami stojącymi tu i ówdzie.
Ja mam chyba deja-vu... W snach częściej niż w życiu.
Nagle się okazuje, że to nie wąska uliczka nocą tylko podmokła ścieżka przez łąkę pochmurnym popołudniem.
[...]
Kraków? Czy jakieś inne miasto? Ale dziwne. Częściowo jak z filmów s-f, częściowo jak ze średniowiecza.
[...]
Przedział w pociągu...? W stylu retro.
Jacyś ludzie, coś chcą.... a kto ich tam wie co?
Znowu miasto. Podziemie. Zwykła jaskinia, gdzieniegdzie oświetlona.
Nagle krawędzie zaczynają się zamazywać, a kiedy mrugam po raz kolejny jestem jakby w innym miejscu. Ale przecież to dalej ta sama jaskinia.
Wychodzę pospiesznie.
[...]
Z powrotem w jaskini.
Znowu jakby stan ni to snu, ni to hipnozy. Wszystko widzę, wszystko czuję, most jak w Morii, kamienny, pochodnie... złoto na ścianach się świeci?!
'Witaj'
Kobieta. Materializuje się z powietrza, zupełnie jakby powstała z połączonych ze sobą małych latających wszędzie, błyszczących żuczków.
Znika.
'Zostań... Umrzyj ze mną w tym śnie a przygarnę cię jak własną córkę...'
[...]
Jestem u ciotki w Tworogu.
Tutaj tym razem duchy(?). Jedne dobre, drugie mniej dobre. Jedne opiekowały się i chroniły przed tymi drugimi. A te drugie tylko czekały żeby człowiekowi przywalić.
[...]
Znowu zmiana.
Jestem na zawodach w łyżwiarstwie figurowym, wyjeżdża para. Jadą, kręcą się... dziewczyna sie potknęła.
Wpadła na bandę, przywaliła nieźle, ale zbiera się. Koles sie przeraził i jedzie jej pomagać, ale jakiś taki rozciamkany był i słabo mu szło. Podnosi ją, ale cos źle zrobil i ona znowu sie wyrżnęła
i jedzie na kolanach, pochylona z rękoma przed sobą na lodzie. Koleś jedzie za nią i chce ją znowu podnosić.
Najpierw znowu ją szarpnął tak, że poleciała na bandę. Odbiła się i szoruje, a koleś krąży, jakby chciał a nie mógł... Nie wiem kto mu pozwolił łyżwy założyć, mama chyba o tym nie wiedziała oO'
Łyżwą po ręce jej przejechał. Ona podnosi z wrzaskiem tą rękę... no tak, 2 palców nie ma.
Y.
Jakieś dziwne rzeczy (ho ho ho, a to ci dopiero)... Czyjeś wesele na totalnym zadupiu, powrót na piechotę przez wąskie, zaśmiecone uliczki, skąpo oświetlone latarniami stojącymi tu i ówdzie.
Ja mam chyba deja-vu... W snach częściej niż w życiu.
Nagle się okazuje, że to nie wąska uliczka nocą tylko podmokła ścieżka przez łąkę pochmurnym popołudniem.
[...]
Kraków? Czy jakieś inne miasto? Ale dziwne. Częściowo jak z filmów s-f, częściowo jak ze średniowiecza.
[...]
Przedział w pociągu...? W stylu retro.
Jacyś ludzie, coś chcą.... a kto ich tam wie co?
Znowu miasto. Podziemie. Zwykła jaskinia, gdzieniegdzie oświetlona.
Nagle krawędzie zaczynają się zamazywać, a kiedy mrugam po raz kolejny jestem jakby w innym miejscu. Ale przecież to dalej ta sama jaskinia.
Wychodzę pospiesznie.
[...]
Z powrotem w jaskini.
Znowu jakby stan ni to snu, ni to hipnozy. Wszystko widzę, wszystko czuję, most jak w Morii, kamienny, pochodnie... złoto na ścianach się świeci?!
'Witaj'
Kobieta. Materializuje się z powietrza, zupełnie jakby powstała z połączonych ze sobą małych latających wszędzie, błyszczących żuczków.
Znika.
'Zostań... Umrzyj ze mną w tym śnie a przygarnę cię jak własną córkę...'
[...]
Jestem u ciotki w Tworogu.
Tutaj tym razem duchy(?). Jedne dobre, drugie mniej dobre. Jedne opiekowały się i chroniły przed tymi drugimi. A te drugie tylko czekały żeby człowiekowi przywalić.
[...]
Znowu zmiana.
Jestem na zawodach w łyżwiarstwie figurowym, wyjeżdża para. Jadą, kręcą się... dziewczyna sie potknęła.
Wpadła na bandę, przywaliła nieźle, ale zbiera się. Koles sie przeraził i jedzie jej pomagać, ale jakiś taki rozciamkany był i słabo mu szło. Podnosi ją, ale cos źle zrobil i ona znowu sie wyrżnęła
i jedzie na kolanach, pochylona z rękoma przed sobą na lodzie. Koleś jedzie za nią i chce ją znowu podnosić.
Najpierw znowu ją szarpnął tak, że poleciała na bandę. Odbiła się i szoruje, a koleś krąży, jakby chciał a nie mógł... Nie wiem kto mu pozwolił łyżwy założyć, mama chyba o tym nie wiedziała oO'
Łyżwą po ręce jej przejechał. Ona podnosi z wrzaskiem tą rękę... no tak, 2 palców nie ma.
Y.
Subskrybuj:
Posty (Atom)