niedziela, 4 maja 2008

[tu-wstaw-porę-dnia] żywych i mniej żywych

Helikopter wylądował na pustkowiu. Silny kopniak otworzył drzwi i z maszyny wysiadło paru ludzi.
Skierowaliśmy się w stronę opuszczonych bunkrów. A przynajmniej z zewnątrz wyglądały jak bunkry. W środku labirynt korytarzy, zapomnianych pomieszczeń, skąpo oświetlonych przejść, trochę jak jaskinia. Dobrze, że mamy ze sobą jakąś broń.
Zupełnie jakbyśmy czegoś szukali, ale czego to nie wiem.
Nagle kątem oka dostrzegamy ruch. Zza gruzów, spomiędzy kamieni wyłaniają się jakieś postacie. Jest ich coraz więcej.
Taaak, skąd ja wiem co to będzie...
Problemy z koordynacją ruchową, zniekształcone twarze. Brakuje tylko, żeby w miejsce "Yyyy..." wstawić "Braaaains...".
Próbujemy się dyskretnie oddalić, ale one są już wszędzie, napierają na nas i nie mamy gdzie uciekać. Jest ich za dużo, a my mamy tylko 2 karabiny. Widzę jak parę osób ginie.
Nagle orientuję się, że na ziemi pod moimi nogami leży pilot. Taki zwykły, do telewizora. Podnoszę go. Nie wiem co to niby ma zmienić, ale naciskam pauzę w tym samym momencie, kiedy jakiś zombie próbuje mi odgryźć rękę.
Świat staje w miejscu.
Chwilę szarpię się, żeby uwolnić się z uchwytu i uciekam na zewnątrz. Jest tam już doktor, który miał nami dowodzić, ten sam, który na początku omal nie rozwalił drzwi kopniakiem.
A może rozwalił, kogo to w tym momencie obchodzi?
Czekamy na helikopter.
Bardzo dziwna okolica. Piach, kamienie, jakieś ogromne balony przyczepione gdzieniegdzie do ziemi...
Nareszczie jest helikopter. Ląduje i wsiadamy do niego. Leci nim już parę osób. Większość jest obcych, ale kilkoro to ludzie, którzy byli z nami i zdążyli uciec.
To właśnie są ludzie, którzy zawsze muszą ze sobą zabrać jakąś pamiątkę. Mam dziwne przeczucie, że tym razem nie było inaczej.
No tak, w chłodni czeka na nas świeżutki, zamrożony zombiak. Czyż to nie urocze?
Jaki znowu martwy? Takiemu to trzeba łeb uwalić, żeby to martwe było.
Amatorzy...
Wywlekli go na środek podłogi i patrzą na leżącego. Jakiś obcy koleś podchodzi bliżej i wtedy zaczyna się. Zombie budzi się i łapie kolesia. Zagryza się na jego łydce. Wrzask, szamotanina, ktoś podbiega ze szpadlem i wali zombie po głowie. Ten puszcza, ale nie rezygnuje. Podnosi się gwałtownie i odgryza facetowi jaja.
Kilka ciosów powala zombiaka i pozbawia go górnej połowy czaszki. Śmieszny dźwięk, kiedy szpadel tak zagłębia się w mrożonkę...
Lecimy do szpitala, gdzie wszystko wydaje się być w porządku. Udało się poskładać nieszczęśnika z helikoptera i w sumie wszyscy się uspokoili. Ale w powietrzu wisi coś, co grozi, że to jeszcze nie koniec.
Muszę znaleźć "naszego" doktora, to nie może tak zostać. Tylko gdzie on jest? Szpital ma 5 ogromnych pięter, a nikt nie jest w stanie odpowiedzieć mi na pytanie gdzie zacząć szukać.
Bez rezultatów biegam wszędzie, mijam ludzi, sale, schody pożarowe... Mrok, groza, zło za każdym rogiem. Zbiegam na parter. Przy recepcji jakieś poruszenie, nikt na mnie nie zwraca uwagi. Dowiaduję się od kogoś, że koleś, którego w helikopterze zaatakował zombie nie żyje. Ehh...
Stoję przy windach myśląc co dalej. Jak się okazuje już nie sama, tylko z jakąś dziewczyną. Trzy windy, na prawo schody do góry. Podejrzliwie wyglądam za róg.
Na półpiętrze stoi łózko ze zwłokami. To chyba ten koleś. Tylko dlaczego umarł? Podobno wszystko już było w porządku...
Z zamyślenia wyrywa mnie ledwo zauważalne drgnięcie stopy wystającej spod płachty. Zamieram z przerażenia. Coś się zmieniło, odkształciło. Co się dzieje?!
Dopadam windy, panicznie naciskam wszystkie guziki. Szybko! Szybko! Szybkooooo!!!
Jest! Otwierają się drzwi jednej. Wskakuję do niej ciągnąc za sobą dziewczynę.
Na które? Pierwsze odpada, drugie nadal za blisko, nie, wcale nie chciałam go nacisnąąąć... Trzecie! jedziemy...!
A TO co? Jakie przeciążenie?
- 300 kilo? - słyszę dziewczynę. - No bez przesady, ja tyle nie ważę, co jak co chyba im się czujniki zep...
Zatykam jej usta.
Podnoszę głowę i patrzę na sufit windy.
Nie... tylko nie to...
Szybko, wysiąść z tej windy, proszę... szybko, zanim zrozumie, że ktoś jest w środku, zanim spróbuje zerwać sufit... proszę...
Naciskam wszystkie guziki jak leci, może któryś zadziała...
Żaden nie reaguje.
Pierwotna groza.

Zaraz, spokój, przecież ja nie muszę się na to godzić, prawda?
Chyba jednak się obudzę...
8:26.


sobota, 26 stycznia 2008

hmm...?

To już kiedyś było...
Jakieś dziwne rzeczy (ho ho ho, a to ci dopiero)... Czyjeś wesele na totalnym zadupiu, powrót na piechotę przez wąskie, zaśmiecone uliczki, skąpo oświetlone latarniami stojącymi tu i ówdzie.
Ja mam chyba deja-vu... W snach częściej niż w życiu.
Nagle się okazuje, że to nie wąska uliczka nocą tylko podmokła ścieżka przez łąkę pochmurnym popołudniem.
[...]
Kraków? Czy jakieś inne miasto? Ale dziwne. Częściowo jak z filmów s-f, częściowo jak ze średniowiecza.
[...]
Przedział w pociągu...? W stylu retro.
Jacyś ludzie, coś chcą.... a kto ich tam wie co?
Znowu miasto. Podziemie. Zwykła jaskinia, gdzieniegdzie oświetlona.
Nagle krawędzie zaczynają się zamazywać, a kiedy mrugam po raz kolejny jestem jakby w innym miejscu. Ale przecież to dalej ta sama jaskinia.
Wychodzę pospiesznie.
[...]
Z powrotem w jaskini.
Znowu jakby stan ni to snu, ni to hipnozy. Wszystko widzę, wszystko czuję, most jak w Morii, kamienny, pochodnie... złoto na ścianach się świeci?!
'Witaj'
Kobieta. Materializuje się z powietrza, zupełnie jakby powstała z połączonych ze sobą małych latających wszędzie, błyszczących żuczków.
Znika.
'Zostań... Umrzyj ze mną w tym śnie a przygarnę cię jak własną córkę...'
[...]
Jestem u ciotki w Tworogu.
Tutaj tym razem duchy(?). Jedne dobre, drugie mniej dobre. Jedne opiekowały się i chroniły przed tymi drugimi. A te drugie tylko czekały żeby człowiekowi przywalić.
[...]
Znowu zmiana.
Jestem na zawodach w łyżwiarstwie figurowym, wyjeżdża para. Jadą, kręcą się... dziewczyna sie potknęła.
Wpadła na bandę, przywaliła nieźle, ale zbiera się. Koles sie przeraził i jedzie jej pomagać, ale jakiś taki rozciamkany był i słabo mu szło. Podnosi ją, ale cos źle zrobil i ona znowu sie wyrżnęła
i jedzie na kolanach, pochylona z rękoma przed sobą na lodzie. Koleś jedzie za nią i chce ją znowu podnosić.
Najpierw znowu ją szarpnął tak, że poleciała na bandę. Odbiła się i szoruje, a koleś krąży, jakby chciał a nie mógł... Nie wiem kto mu pozwolił łyżwy założyć, mama chyba o tym nie wiedziała oO'
Łyżwą po ręce jej przejechał. Ona podnosi z wrzaskiem tą rękę... no tak, 2 palców nie ma.
Y.

poniedziałek, 7 stycznia 2008

na na na naaa

Sielanka.
Tory, domki, co jakiś czas przejeżdża pociąg.
Jestem tam, ale tylko obserwuję z boku.
*Mężczyzna*
Siedzimy przy torach i oglądamy przejeżdżające pospieszne. Podchodzi kolejarz i siada obok. Opowiada o pociągach, kolei, o tym jak kiedyś śpiewano przy każdym przejeżdżającym parowozie.
Przychodzi jakaś rodzinka i prosi żeby ich do domu podwieźć. Wstajemy, żegnamy się z kolejarzem, wsiadamy do samochodu i jedziemy.
Słońce, drzewa, muzyka, czerwony kabriolet... :P
Dojeżdżamy na miejsce, płacą nam mimo, że nie chcemy i wracamy na dworzec.
*Ja*
... Chebzie dworzec.
Idę do kasy, bo koniecznie muszę dostać się do Krakowa. Dostaję bilet i płacę, wychodzę na peron.
Nagle okazuje się, że jestem w Katowicach. Pełno ludzi, bagaży, pociągów...
*Dziewczyna*
Szukamy pociągu. Dlaczego Katowice? Jakoś trzeba wrócić na Chebzie. Krążymy.
Przeciskamy się między ludźmi, czytamy komunikaty, zmieniamy platformy... nic.
*Chłopak*
Typowo włoski typ urody. Widzi dziewczynę, więc postanawia zagadać. Ona wyjątkowo chętnie nawiązuje rozmowę. Szuka powrotu na Chebzie. Przecież musi gdzieś tu być. Idziemy.
Wychodzimy na peron i kierujemy się, jak nam się wydaje, na zachód. Mijamy ludzi, pociągi... platforma jest zadziwiająco długa. Teraz już nic przy peronie nie ma. To musi być jeszcze trochę dalej.
Im dalej tym bardziej zmienia się otoczenie. Obskurne, popisane kamienice, okna zabite deskami, pełno śmieci i tłuczonego szkła. W końcu znajdujemy wejście do podziemia.
Jest odgrodzone taśmą.
Cóż z tego, w końcu ten dworzec się rozpada, więc to pewnie tylko po to, żeby komuś dachówka na głowę nie spadła.
Przeskakujemy nad taśmą i idziemy dalej.
Jest coraz gorzej, wygryzione schody, zwały desek, widać, że pomieszczenie do rozbiórki.
Kolejna taśma.
Mija nas jakieś upiorne rodzeństwo. Wizualnie wszystko OK, ale w sobie czujemy, że z nimi jest coś bardzo nie tak.
Dalej... dalej....
Ostatnie pomieszczenie. Ławka. Szklane rozbite drzwi. Za drzwiami pusta i zdewastowana poczekalnia. Na ławce siedzi jakiś koleś. Na pierwszy rzut oka kolarz. Z początku wydaje nam się, że śpi.
Ale on podnosi głowę i na nas patrzy.
Był jak martwy policjant w "Sin City".
Robi wdech. Czuję się jak bohaterka "Piły".
Czy on płuc nie ma???
Źle... bardzo. Uciekamy.
Biegniemy po deskach, pobitym szkle, szybko. Dziewczyna gdzieś się zgubiła.
To nic. Jeszcze tylko 10 metrów i jest taśma.
Szaro.
Niedobrze.
Chłopak biegnie dalej, kolejna taśma.
Coś się stało ze światem. Upiorni ludzie,jakby wycięci z papieru, laleczki voodoo, żywe trupy... Wielkie na pół twarzy puste czarne oczy bez wyrazu, patrzą się na nas, wykrzywione twarze, rozmyte, przerażające kształty.
Boże, dalej!
Biegnie... taśma... taśma... taśma... kolejna...
Nic się nie zmienia. Koszmar.
W porównaniu do tego martwy kolarz był przednim towarzystwem.
Chłopak pada na kolana, upiory krążą dookoła... Jak to się wyłącza!?
Zasłania sobie oczy.
Krzyczy.

sobota, 5 stycznia 2008

hympfh

_
*
(słodkie, beztroskie dzieciństwo... pamiętam jak dziś, to była noc 5/6 grudnia)
Jestem w zoo z rodzinką. Zwiedzamy sobie pomieszczenia ze zwierzętami, klatki, akwaria, niektóre zwierzęta w pokojach siedzą. Żyrafy pamiętam i zebry. W końcu został ostatni pokój. Otwieramy drzwi, trawka, krzaki, drzewa.
Na środku leży głaz.
Na głazie leży ludzka czaszka.
Patrzymy. Nagle oczodoły zaczynają świecić, a czaszka przemawia.
"Podejdźcie bliżej, no chodźcie... bliziutko całkiem, dotknijcie...". Wszyscy zahipnotyzowani wpatrują się w zjawisko, a wujek zaczyna podchodzić. Krzyczę "nie!", ale nie słucha, wyciąga rękę.
"No bliżej..."
Dotyka.
Czar spada, krzyk, nikt nie wie co robić.
"Ha ha ha".
Z wujka zaczyna schodzić skóra... jak po poparzeniach, z rąk, z twarzy, z ramion.
...
tak, poszłam na resztę nocy spać do rodziców :P

_
* (i w bonusie jeden będzie bez masakry ;p)
Idę sobie ulicą. Berbeckiego w stronę mostku na Kłodnicy i parku. Skręcam w prawo "o, pusta ulica, przejadę się kawałek". Wcześniej kupiłam sobie motor, ale że jeszcze nie miałam prawka, to przecież nie mogłam jechać. Tak sobie pomyślałam, że na tych 100 metrach jak pojadę, to przecież się nic nie stanie.
Więc biorę siatkę z tesco, którą do tej pory niosłam w ręce i wyciągam moto. Całkiem duże ;p Wsiadam i jadę... jakieś 30 km/h. Z krzaków wyskakuje policjant i mi macha. Oż.
"Za przekroczenie prędkości dostaje pani mandat".
No to ja w płacz :P

środa, 2 stycznia 2008

._.

Słoneczny poranek, wchodzę do namiotu wróżki. Wróżka w swojej szklanej kuli sprawdza moją przyszłość. Nagle do pomieszczenia wpada jakiś koleś, łapie mnie za rękę i wyciąga na dwór. Krzyczę, że zostawiłam plecak, a w odpowiedzi słyszę, żebym wsiadała no moto, bo wróżka chce mnie zabić. Trzeba uciekać.
Nie chciał dać poprowadzić, stwierdził, że to nieodpowiednia chwila :P
Już się pogodziłam ze stratą plecaka, trafiłam do jakichś bunkrów. Całkiem sporo ludzi tam było, w tym znajomych. I podobno bezpiecznie. Nie licząc krabo-skorpiono-niepodobnych-do-niczego stworków, które próbowały ludziom odgryzać ręce i nogi. Aż do końca sen polegał na uciekaniu korytarzami przed tymi stworkami. Ale można było je łapać za ogon i tłuc nimi o ścianę. Ich chitynowe pancerzyki bardzo dźwięcznie chrupały :P

-------

Przeprowadzam się do Brighton, więc muszę zebrać rzeczy z Gliwic. Wsiadam w bezpośredni tramwaj 1 i na miejscu już pakuję się. Spakowana wychodzę na przystanek, a kiedy przyjeżdża tramwaj zapominam zabrać rzeczy i wsiadam. Po drodze okazuje się, że już nie jadę tylko stoję przed jakimś hangarem.
Podobno w środku jest Voldemort (tak, tak, to jeden z tych snów po lekturze Pottera ;p). Muszę go zabić. Tylko dlaczego to jest kobieta?
Wyciągam miecz. Jeden, drugi, trzeci. Podbiegam do kobiety i wbijam w nią miecz. Chce mnie gonić, ale uciekam. Nie umiera, więc wbijam kolejny. I kolejny, i kolejny, i kolejny. Z doskoku wbijam wszystkie ostre narzędzia które znajdą się pod ręką, miecze, sztylety, noże, druty, nożyczki. Dalej za mną lezie, a ja już nie mam co wbijać. Podbiegam. Wyciągam
z jej ciała pierwsze co w rękę wpadnie i wbijam ponownie.
Ale nie wiem czy poskutkowało.

-------

A dzisiaj śnił mi się zamek w Malborku. Pociąg donikąd, opuszczone wioski, zapadnięte mosty, wiejące grozą pomieszczenia, blokowiska i żądne krwi zombiaki. W dodatku zombiaki z rodowodem. I jeszcze był Tusk na rynku i rozdawał długopisy i cukierki :P