Słoneczny poranek, wchodzę do namiotu wróżki. Wróżka w swojej szklanej kuli sprawdza moją przyszłość. Nagle do pomieszczenia wpada jakiś koleś, łapie mnie za rękę i wyciąga na dwór. Krzyczę, że zostawiłam plecak, a w odpowiedzi słyszę, żebym wsiadała no moto, bo wróżka chce mnie zabić. Trzeba uciekać.
Nie chciał dać poprowadzić, stwierdził, że to nieodpowiednia chwila :P
Już się pogodziłam ze stratą plecaka, trafiłam do jakichś bunkrów. Całkiem sporo ludzi tam było, w tym znajomych. I podobno bezpiecznie. Nie licząc krabo-skorpiono-niepodobnych-do-niczego stworków, które próbowały ludziom odgryzać ręce i nogi. Aż do końca sen polegał na uciekaniu korytarzami przed tymi stworkami. Ale można było je łapać za ogon i tłuc nimi o ścianę. Ich chitynowe pancerzyki bardzo dźwięcznie chrupały :P
-------
Przeprowadzam się do Brighton, więc muszę zebrać rzeczy z Gliwic. Wsiadam w bezpośredni tramwaj 1 i na miejscu już pakuję się. Spakowana wychodzę na przystanek, a kiedy przyjeżdża tramwaj zapominam zabrać rzeczy i wsiadam. Po drodze okazuje się, że już nie jadę tylko stoję przed jakimś hangarem.
Podobno w środku jest Voldemort (tak, tak, to jeden z tych snów po lekturze Pottera ;p). Muszę go zabić. Tylko dlaczego to jest kobieta?
Wyciągam miecz. Jeden, drugi, trzeci. Podbiegam do kobiety i wbijam w nią miecz. Chce mnie gonić, ale uciekam. Nie umiera, więc wbijam kolejny. I kolejny, i kolejny, i kolejny. Z doskoku wbijam wszystkie ostre narzędzia które znajdą się pod ręką, miecze, sztylety, noże, druty, nożyczki. Dalej za mną lezie, a ja już nie mam co wbijać. Podbiegam. Wyciągam z jej ciała pierwsze co w rękę wpadnie i wbijam ponownie.
Ale nie wiem czy poskutkowało.
-------
A dzisiaj śnił mi się zamek w Malborku. Pociąg donikąd, opuszczone wioski, zapadnięte mosty, wiejące grozą pomieszczenia, blokowiska i żądne krwi zombiaki. W dodatku zombiaki z rodowodem. I jeszcze był Tusk na rynku i rozdawał długopisy i cukierki :P
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz