niedziela, 23 grudnia 2007

...

no to jedziemy z tym koksem...

I. (zainspirowany lekturą "Pana Lodowego Ogrodu" oraz Ch. wie czym jeszcze)

Katedra, w środku pięć osób: ja, podobno moi rodzice (z rzeczywistymi nie mieli nic wspólnego), jakiś psychopatyczny koleś i Snape (tak, ten z Pottera).
Nie wiem o co poszło, ale najwyraźniej koleś ze Snapem chcieli nas pozabijać, więc toczyła się walka na Pieśni Bogów (patrz: "Pan Lodowego Ogrodu"). W końcu mi i "rodzicom" udało się zdezintegrować dach i wyfrunąć w przestrzeń. Na skutek zbyt dużego rozpędu wyniosło nas tak wysoko, że zaczęliśmy spadać i się jednocześnie spopielać (tarcie oO'). Upadek nastąpił w bliżej nieokreślonym momencie, a obudziłam się w trumnie. Na szczęście była otwarta i stała w muzeum :P
Nie wiem jak ja wyglądałam, ale "rodzice" byli wprost prześliczni, nadwęgleni tu i ówdzie, czacha wyjarana do mózgu, jakiś koszmar przyjęty, o zgrozo, jako nic nadzwyczajnego (że niby to normalne jest). Po krótkiej chwili wchodzi koleś, przedstawia się jako "kustosz tego muzeum" i wyprowadza mnie na ulicę. W międzyczasie raczy mnie opowiadaniem gdzież to się znalazłam. Że to miasto potępionych, że tu trafiają ludzie ze skrzywieniami, i że za każdym koncertem zespołu, który ma cokolwiek wspólnego z cierpieniem, klątwą czy inną pokutą trafia tu paru ludzi. I faktycznie - po ulicach krąży pełno zadowolonych z życia osób: pedofile, kleptomani, nimfomanki, ekshibicjoniści, do wyboru do koloru.
Podszedł do mnie jakiś koleś i mówi że jest strażnikiem spokoju. Gadka-szmatka, śmichy chichy, a tu nagle słońce zaszło i na ulicy zapanowała panika. Ludzie zaczęli się przepychać, biegać we wszystkie strony, skądś wysunęły się macki, jakieś dziwne dźwięki, głosy, woda w zatoce zaczęła się gotować (ogólnie rozrywani ludzie, kawałki mięsa tu i tam)... kazali uciekać. Że to miasto jest spokojne tylko w dzień, a w nocy się pojawiają wszystkie potwory z każdego horroru jaki kiedykolwiek nakręcono. ("pierdole, budzę się")

II. (pod wpływem emocji z poślizgu na zakręcie)

Góry, kręta droga, dołem rzeczka płynie. Jadę z mamą w samochodzie, a deszcz, niczym armia bezwzględnych najeźdźców napadających na bezbronny, kulący się w lęku kraj, niczym grupa limfocytów-T atakujących nieświadomą bakterię z gatunku Pseudomonas ... khem... no, pada :D
W dole jedzie motor: 2 osoby. Myślę sobie, że zaraz wpadną na zakręcie w poślizg. I faktycznie poślizg, wypadają przez barierki, staczają się na brzeg rzeki. Mówię mamie, że trzeba jechać, ratować. To jedziemy. Na miejscu okazuje się, że wszędzie szczątki, krew, leżą dwa ciała. Chłopak i dziewczyna. Chłopak się podnosi, nie ma ręki. Patrzy na mnie, ja już chcę wzywać karetkę, a on mi na to "e, lajtowo, zaraz odprawimy jakiś mroczny rytuał i wszystko będzie w porządku, bo my jesteśmy wampirami." ... oO'

sobota, 22 grudnia 2007

Dzieńdobry

Tak.

To skoro ten wczorajszy wieczór w Warce przyniósł pomysł bloga, to niech się coś z tego chociaż urodzi - w końcu nie można wszystkich nie-całkiem-poważnych-pomysłów tak zbywać bez echa :F


Na początek chciałabym powiedzieć, że rozmowy na temat ryjących mózg filmów/książek nie przeszły sobie ot tak bez skutku.
Sen pamiętam mętnie, nie jestem pewna o co chodziło, ale ogólnie mrocznie było.
Jakaś stara, sypiąca się drewniana chałupa na totalnym zadupiu... (To się chyba wzięło od historyjki Gailmana, którą Ania opowiadała. Tylko tunelu i guzików brakowało)
Gosia chodziła i próbowała sprzedawać ludzkie głowy.
Niektóre jeszcze mówiły.